Wszystkomający blog szydełkowy

poniedziałek, 19 lutego 2018

Weselny szal

22:05:00 6
Weselny szal
Kolejne zaległości! Ten szal ma już z dobre dwa lata, a dalej nie pokazałam go na blogu...
Zaczęłam go robić z zamiarem założenia na ślub przyjaciółki w maju.
 Ale nie pykło. Jakoś zadanie mnie przerosło. Ale pomyślałam: nic to, w lipcu jest ślub siostry! I wiecie co? Też nie zdążyłam... Jakoś mi z tym szalem nie było po drodze. Ale zęby zacisnęłam i o to jest!

Robiony węzłami Salomona z cienkiej, włochatej włóczki z metalizowaną nitką od Alize (zabijcie mnie, ale nie pamiętam nazwy... ale wiem, że poszły dwa motki 50g). No narobiłam się strasznie, chociaż sam wzór jest łatwy, prosty i przyjemny.

Ostatecznie szal zaliczył jedno wesele, gdy go pożyczyłam koleżance. A sama go czasem używam na jakieś większe wyjścia - błyszcząca nitka jednak dosyć ogranicza jego codzienne użycie ;)
 No i jedna uwaga - ten włos staje się bardzo nieprzyjemny, gdy się człowiek zaczyna pocić. Na samą myśl zaczyna mnie gryźć...

Dzięki za wszystkie komentarze i odwiedziny ;)

sobota, 17 lutego 2018

Afrykarium - część II

20:15:00 0
Afrykarium - część II
Czas na kolejną część opowieści o Afrykarium, tym razem zajmiemy się tym, co najważniejsze, zwierzętami!
Zacznijmy zatem wędrówkę po Afryce.
Pierwszym akwarium, które będziemy mijać to Morze czerwone z rafą koralową. Spora część z Was będzie zapewne mocno zawiedziona, ponieważ wygląda ona trochę szaro. To dlatego, że same koralowce są martwe... Niestety, ale nie da się przenieść żywych koralowców. Ale pod samym Afrykarium rozpoczęto hodowlę tych ciekawych organizmów i za parę lat część z nich zostanie wprowadzona do akwarium poświęconego Morzu Czerwonemu. I chociaż koralowce są martwe, to już rybki wręcz przeciwnie. Od razu widać, że mamy do czynienia z ciepłym morzem, bo bogactwo kolorów jest po prostu oszałamiające. Ale nie ma co zadawać sobie pytania: "Gdzie jest Nemo?". Błazenki i owszem mieszkają na rafie, ale Wielkiej, przy Australii.

Kolejnym biomem jest Afryka Wschodnia. Największą atrakcją tej część Afrykarium jest rodzina hipopotamów: Walecek (w sensie mały walc - ten taniec), chłopak z Czech, Samba, Rumba i Zumba. łatwo zauważyć pewną tendencję w nadawaniu imion ;) Jeśli akurat macie szczęście to z pewnością zachwycicie się tym, jak te zwierzaki lekko potrafią poruszać się w wodzie. Ich taneczne imiona nabierają wtedy sensu!


Innymi ciekawymi mieszkańcami tej części są mrówniki, nie mylić z mrówkojadami. To bardzo sympatyczne zwierzęta, osobiście kojarzą mi się z paszczakiem z Muminków^^. Jak sama nazwa wskazuje żywią się mrówkami, ale w warunkach hodowlanych ich głównym pokarmem jest psia karma z mieloną wołowiną.
A zaraz obok nory mrównika mamy hodowlę golców - takich łysych kretów. Te gryzonie idealnie przystosowały się do warunków, w których żyją - są łyse, żeby się nie przegrzewać, mają silne łapy i potężne siekacze, żeby kopać nory. Ich społeczność przypomina tę u mrówek, czy pszczół - jest zatem królowa, robotnice i żołnierze. Golce wyglądają trochę obrzydliwe, ale są doprawdy fascynujące!
A tuż przy nich kolejne dwa gigantyczne akwaria. Zostały poświęcone wodom dwóch największych jezior w Afryce - Tanganice i Malawi. To pierwsze to drugi największy zbiornik słodkiej wody na świecie, po jeziorze Bajkał. Z kolei Malawi, ze względu na bogactwo form życia, zostało wpisane na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO.
Ruszamy dalej, by trafić do Kanału Mozambickiego i przywitać się ze Stefanem (bądź Stefanią...). Nie wiem, czy wiecie, ale żółwie zielone są zielone również od środka! Jedzą tyle zieleniny (plankton i glony), że nawet ich tłuszcz przybiera taki kolor! W tym akwarium możecie zobaczyć jak wygląda tuńczyk zanim trafi do puszki. Ale również podziwiamy różne gatunki rekinów i płaszczek. I nie, nie zjadają się nawzajem. Prosta zasada: najedzone zwierzę nie zje innego ;) Największą atrakcją konstrukcyjną w Afrykarium jest z pewnością podwodny tunel, mamy w nim okazję podziwiać jak wokół nas pływają wszystkie ryby, a czasem i Stefan nad głowami przemknie! trzeba tylko w tunelu uważać, bo błędnik szaleje!
Ale chodźmy dalej, do pingwinów i kotików! To ulubieńcy dzieci. I nie ma się co dziwić, bo oba gatunki lubią się bawić! Pingwiny przylądkowe, które mieszkają w ZOO to mieszana grupa z kilku ogrodów zoologicznych w Europie. Ale doczekaliśmy się już swojego przychówka, pierwsza wykluła się Janush. Tak, tak wykluła, bo po nadaniu imienia okazało się, że to samica. Najlepiej pingwiny podziwiać w wodzie, gdzie wyglądają jak małe torpedy. pośrodku zostały umieszczone mniejsze akwaria z murenami, meduzami i skrzydlicami. Warto im też poświęcić chwilę. A po drugiej stronie czekają już kotiki, czyli uchatki. Nie mylić z fokami! Różnią się od nich chociażby tylnymi kończynami, które nie są zrośnięte oraz widocznymi uszami. Najlepiej zaplanować sobie wycieczkę tak, żeby załapać się na karmienie i zobaczyć trening uchatek. I tak, to trening, a nie tresura. Wszystkie czynności mają sens i są potrzebne, by na bieżąco monitorować stan zdrowia zwierząt.
I zbliżamy się do ostatniej części - dżungli Kongo i rzeki o tej samej nazwie. Najlepiej zdjąć wierzchnie okrycia zanim się wejdzie, bo się tam duszno i bardzo wilgotno. I lepiej uważać, jeśli ma się sporo szczęście - to strefa wolnych lotów, co oznacza, że nad głowami latają ptaki. 

I cóż można tutaj zobaczyć? Krokodyle - ojca z córką. To w zasadzie żywe skamieliny i od wielu milionów lat niewiele się zmieniły. Podobnie jak niezmienny pozostał strach przed ich zębiskami.


Ale to nie krokodyle wzbudzają powszechny zachwyt lecz manaty! Albo krowy morskie. Są po prostu cudne! majestatyczne, a jednocześnie takie... przytulaste. To ssaki wodne żyjące na pograniczu rzek i mórz. Są roślinożerne i stąd ich pospolita nazwa. Aktualnie w Afrykarium mamy czwórkę tych zwierzaków - dwóch braci - Gumle i Armstronga z Danii oraz dwie Azjatki z Szanghaju - Abel i Ling. A ich igraszkom przygląda się z boku szkielet Teresy, manatki z Niemiec, która zdechła po trzech miesiącach... ze starości... Ale! Wracając do dziewczyn z Azji... wiecie, jak nazywała się cała akcja logistyczna związana z transportem? "Pakujemy manatki"! Mistrzostwo!
I tym optymistycznym akcentem kończymy naszą przygodę w Afrykarium! Mam nadzieję, że je kiedyś odwiedzicie ;)

środa, 14 lutego 2018

Afrykarium - część I

16:55:00 1
Afrykarium - część I
Prezentując w zeszłym tygodniu morski kocyk, zaproponowałam Wam post o samym Afrykarium. Nie ma zatem co odwlekać, o to garść informacji o wrocławskim oceanarium. Dzisiaj zajmiemy się sprawami technicznymi, a w piątek opowiem o zwierzętach ;)

Afrykarium zostało otwarte w październiku 2016. Sama je odwiedziłam już w drugim tygodniu po otwarciu, a później na bieżąco śledziłam zmiany, jakie w nim zachodzą.
Zacznijmy może od samego budynku, który jest dosyć interesujący. Po pierwsze jego wygląd zewnętrzny nie mógł być dowolny. Ze względu na bezpośrednie sąsiedztwo Hali Stulecia, zabytku wpisanego na listę UNESCO, musiał mieć określoną wysokość, a sami projektanci nie mogli zaszaleć z bryłą i kolorami. Pomimo ograniczeń powstał pawilon, który swoją formą oddaje ducha Czarnego Lądu, z ciekawym rozwiązaniem z części tylnej, gdzie mamy zarys statku.

Powstaniu Afrykarium przyświecało hasło "Życiodajne wody Afryki". Pawilon nie ma jednak służyć tylko zwiedzającym i dawać gościom radość i miło spędzony czas. To przede wszystkim dom dla zwierząt i to one mają się czuć komfortowo. Dlatego zastosowano wiele rozwiązań, które pomagają zwierzakom w życiu za szybami (bo krat oczywiście nie ma). Przede wszystkim nie ma prostego podziału na dzień-noc, czyli jest albo jasno, albo ciemno. Nie, mamy również wschód i zachód słońca. Odwiedzający, którzy przychodzą wieczorem są często zdziwieni, że światło w Afrykarium jest przyciemnione, a są po prostu świadkami zachodu słońca w Afryce. Kolejną sprawą jest woda. W pawilonie znajduje się kilkadziesiąt różnych akwariów i basenów. I w każdym jest inna woda - mniej lub bardziej zasolona, cieplejsza, chłodniejsza, bardziej kwasowa lub zasadowa. Za prawidłowe warunki wodne odpowiada cała maszyneria ukryta po Afrykarium. Część z niej jest widoczna w Fabryce wody, części udostępnionej dla odwiedzających.

Kolejna techniczna sprawa. W Afrykarium nie ma szkła. Wszystkie szyby, które widać, to akryl. Dlaczego? Po pierwsze - jest dużo tańszy. Ale oprócz tego sporo lżejszy i lepiej sprawdza się przy naprężeniach spowodowanych ciągłym ruchem wody. No i jest też wytrzymalszy. Łatwiej się go kształtuje, dlatego można było wykonać podwodny tunel, a także zaokrąglone szyby na rafie koralowej. Jeśli jesteście ciekawi, jak gruba jest taka szyba, to przy pierwszym akwarium z rafą koralową macie szansę, bo jest ono od góry otwarte. Już tam grubość robi wrażenie, a akurat ta szyba jest jedną z cieńszych. Największa tafla akrylu ma wymiary 8m x 4m x 30m i waży 11 ton! Ale gdyby zrobić ją ze zwykłego szkła... jej ciężar wyniósłby 25 ton.
No to skoro techniczne ciekawostki mamy za sobą ;) W piątek zapraszam na spotkanie z mieszkańcami Afrykarium ;)

poniedziałek, 12 lutego 2018

Chusta do karmienia

19:49:00 4
Chusta do karmienia
Jak wiecie, sama nie mam dzieci (jeszcze), ale za to jestem ciocią. I z opowieści zarówno sióstr, jak i znajomych wiem, że karmienie dziecka piersią w miejscu publicznym bywa dosyć kłopotliwe. Część młodych mam krępuje się karmić, gdy inni patrzą. I nie chodzi tu o jakiś tam ostracyzm, czy krzywe spojrzenia. Po prostu same uważają, że jest to bardzo intymne. Wiadomo jednak, że jak dziecko woła jeść, to nie ma za bardzo czasu na krępowanie się. A ucieczka do toalety jest... no cóż, poniżająca.
Inna sprawa, że w naszym kręgu cywilizacyjnym kobieca pierś to nie tylko "stołówka" dla dziecka, ale również atrybut kobiecości i seksualności. I nie ma co się na to złościć, po prostu tak jest. I też nie każdy chce (a w wielu wypadkach wręcz nie powinien - i nie mam tu na myśli dzieci) oglądać kobiece piersi.

Dlatego wymyśliłam coś, co, mam nadzieję, pomoże mojej siostrze w takich sytuacjach. Po prostu szydełkowa chusta. Wystarczająco ażurowa, żeby dziecko mogło oddychać, ale też zapewniająca intymność. Jak zobaczycie na zdjęciach, dodatkową zaleta jest, że dziecko może się nią bawić wsadzając paluszki w dziury.


Maks okrycie zaakceptował i mam nadzieję, że będzie jemu i Madzi dobrze służył. A gdy już przestanie być karmiony piersią, jego mamie zostanie piękna pamiątka tych wyjątkowych chwil.
Chusta to Quiraing, wykonana z jednego motka Regenbogen, kupionego w Mila Druciarnia. Zakochałam się w tych motkach ombre, mogłabym z nich robić cały czas...

piątek, 9 lutego 2018

Zainspiruj się - Luty

17:55:00 2
Zainspiruj się - Luty
Wracam z serią pełną inspiracji! Po raz kolejny nie zaczynam w styczniu... bo go przespałam. 
Ale koniec tłumaczeń, przejdźmy do rzeczy.

Luty, a jak wiadomo... Nie, nie walentynki... Idzie luty, kuj buty. Zatem mróz, zło i niedobro. co prawda nie we Wrocławiu, bo u nas nawet śnieg nie spadł do tej pory. Nie liczę tych krótkich opadów. Ale od kilku dni jest dosyć mroźnie, więc przydaje się czapka. I właśnie z pomysłami na nakrycia głowy dzisiaj do Was przychodzę.
Wszystkie wzory są darmowe.
Gotowi?

Zacznijmy klasycznie. 
  • Zapewne zauważyliście wysyp czapek - kłosków. To może zróbmy coś podobnego, ale na szydełku? KLIK

  • A może czapka ombre? KLIK

  • A może warkocze na szydełku? KLIK

  • A może coś nieco bardziej włóczkożernego, ale bardzo efektywnego? KLIK

  • Ale same półsłupki z niewielką ozdobą może wyglądać równie pięknie! KLIK


A może potrzebujecie czegoś... od czapy?
  • Lubicie Gwiezdne Wojny? A księżniczkę Leię? KLIK

  • Albo, pozostając dalej w klimatach Star Wars... czapka Twi'Lek KLIK

  • A może... coś jeszcze bardziej szalonego? Na przykład... Latający Potwór Spaghetti KLIK

  • A jak chwycą wielkie mrozy, to zawsze można postawić na czapkę z brodą KLIK i KLIK


Oczywiście, dzieci też nie mogą marznąć!

  • Nie będę ukrywać, że ta czapka to mój faworyt! KLIK


A Wam, która czapka wpadła w oko?

środa, 7 lutego 2018

Podróż za jedną włóczkę

18:52:00 6
Podróż za jedną włóczkę
Dzisiaj chciałabym poruszyć bardzo ważny (z dziewiarskiego punktu widzenia) problem. Podróże.
Wiadomo, że gdy wybieramy się gdzieś dalej, pociągiem, czy jako pasażer samochodu, to zawsze trzeba mieć coś przy sobie.
Chciałabym się jednak pochylić nad tymi codziennymi podróżami - do pracy, czy do szkoły.
Często pojawia się stwierdzenie, że doba ma za mało godzin, żeby zrealizować wszystkie pomysły i przerobić nasze zapasy.
Wszystko się rozbija o to, żeby jak najlepiej wykorzystac czas na dzierganie. Jak zatem to zrobić?
Po pierwsze trzeba przesiąść się z własnego transportu na komunikację miejską. Ekologicznie. No i bezpieczniej, bo dzierganie i kierowanie autem raczej nie należy do najlepszych pomysłów...

Zatem, gdy już kupimy bilet miesięczny, trzeba się zastanowić nad kolejnymi problemami. A mianowicie... wolne miejsca do siedzenia. Niby da sie dziergać na stojąco, ale trzeba się sprawnie owinąć wokół poręczy, żeby nie latać po całym autobusie lub tramwaju (albo trolejbusie, jeśli jesteś z Lublina). Jest na to jedno proste rozwiązanie. Trzeba mieszkać przy pętli! Miejsce siedzące mamy wtedy gwarantowane. Broń Cię Panie Boże wybierać miejsce zamieszkania lub pracy w okolicach uczelni (studenci...) albo dworca (turyści...).

Jeśli jednak z jakiegoś względu zmiana mieszkania lub pracy nie wchodzi w grę, pozostaje jeszcze kamuflaż. Można próbować na staruszkę, ale to za dużo zachodu - farbowanie włosów, odpowiednia garderoba, jakiś wyleniały lis na ramionach. Albo wersja ekonomiczna - ciąża. Worek z robótką pod ubranie i ciąża jak ta lala. A biorąc pod uwagę, że niektóre prace rodzą się w bólach, więc w sumie to wielkiego przekłamania nie ma.
Dodatkowo w zimie trzeba pamiętać, żeby wybierać takie trasy, gdzie kursują nowoczesne maszyny, które szybko się nagrzewają - nie ma nic gorszego, niż dzierganie zgrabiałymi rękami, gdy palce ledwo się zginają...

Dodatkowym atutem będzie, jeśli blisko naszych przystanków będzie pasmanteria albo chociaż paczkomat. Można wtedy dodatkowo urozmaicić sobie podróż mizianiem najnowszych nabytków.
Pamiętajcie - każde 5 minut w podróży bez dziergania, to jeden rządek mniej!
Dobra... wiem, że nie istnieje takie pojęcie jak "jeszcze jeden rządek"... bo na jednym ciężko skończyć ;)